Ty nieczuły cyborgu

Kilka dni temu odszedł mój znajomy. Zmarł nagle. Była to osoba dość znana wśród lokalnej społeczności. Na tyle znana, że ludzie zaczęli udostępniać na Facebooku informację o śmierci tego zacnego człowieka. Zaczęli go wspominać, pisali skąd go znali, za co lubili, przytaczali anegdoty z nim związane. W internecie było o tym smutnym wydarzeniu dość głośno. Istotne – zmarły już od dawna był w wieku podeszłym, śmierć związana była trochę ze starością, trochę z chorobami, nie ma w tym nic sensacyjnego. Taka kolej rzeczy.

Przy okazji tego wydarzenia spotkałem się z innym moim znajomym. Stwierdził on, że coraz więcej osób z naszego otoczenia umiera. Co chwilę się dowiadujemy o kolejnej osobie. Odkrył Amerykę?

– Tak już musi być – odparłem wpatrzonemu w dal koledze.
– Ale ja go znałem. W 2002 roku byliśmy razem gdzieś tam…
– Ja też go znałem, tak jak wszyscy dookoła. Pewnie kilka tysięcy osób go co najmniej kojarzyło. I co z tego?

Nic.

Tego nie da się zatrzymać

W pewien piątek wstaniesz do pracy. Z półotwartymi oczami pójdziesz chwiejnym krokiem do łazienki. Po toalecie zjesz śniadanie, podczas którego przejrzysz starą gazetę albo odczytasz skład jogurtu. Potem spakujesz kanapki do torby. Dasz jej, jeszcze śpiącej, buzi w czółko, pogłaszczesz kilka razy po włosach. Wyjdziesz z mieszkania delikatnie przekręcając kluczem cholernie trzeszczący górny zamek, żeby tylko ona się nie obudziła. Po drodze miniesz tych samych ludzi co zawsze. Wejdziesz do firmy, miniesz tablicę ogłoszeń. Nie będzie tam nic nowego od wczoraj. Poczujesz lekką wibrację w kieszeni. To sms. „Odczytam jak ściągnę kurtkę” – pomyślisz. Za chwilę kurtkę powiesisz w szafie, wyciągniesz telefon z kieszeni i wtedy się dowiesz. Treść wiadomości będzie sucha, ale wartościowa i nie trzeba nic więcej: „X umarł”. Staniesz w miejscu na półtorej sekundy. Nie powiesz przy tym ani słowa do swoich współpracowników. Oni go przecież w ogóle nie znali. Po tej chwili przejdziesz do obowiązków, tych samych co wczoraj i przedwczoraj. W taki sposób dowiesz się o śmierci Twojego znajomego, z którym ostatnio widziałeś się siedem lata temu. Nic dziwnego, mieszkał w innym mieście. Potem ktoś na internecie napisze, że pogrzeb odbędzie się w najbliższą środę o godz. 13, na miejscowym cmentarzu.

– Środa? O takiej porze? Nie idę, siedzę w robocie, nie mam możliwości wyjść. Pomilczę sobie wtedy przez chwilę. Tak Go uczczę – a gówno prawda. Nie pomilczysz. Zapomnisz. Nie uczcisz tej chwili. Dzisiaj jest piątek, a Ty w międzyczasie jedziesz do Wrocławia, a w niedzielę do rodziców na obiad. W poniedziałek przejebane w pracy. We wtorek masz coś tam innego. Środa jest zbyt odległa. Ale naiwnie obiecujesz sobie, że będziesz pamiętał.

Mam ponad tysiąc znajomych na Facebooku. Część z nich to osoby, które kojarzę tylko z jednego miejsca – sąsiedzi z hotelu na wakacjach w 2011 roku, koleżanka z podstawówki, którą ostatnio widziałem, gdy mijałem jej ławkę odbierając świadectwo ukończenia szkoły. Jest wśród nich też jakiś koleś z imprezy urodzinowej u naszej wspólnej znajomej ze studiów. Ten który tak rozbawiał towarzystwo. Kiedy to było? Jest i pani z kiosku z bloku, gdzie mieszkają moi rodzice. Ty też masz takich znajomych. Tych, z którymi nie utrzymujesz kontaktu, ale kiedyś, chociaż przez chwilę stanęli obok drogi, którą podążasz. Może i przez chwilę szli razem z Tobą. Teraz jednak oni mało Cię interesują. Pozostali Twoimi znajomymi na Facebooku czy gdzieś tam indziej w internecie.

Dawniej

Dawno temu, gdy nie było Facebooka, Strefy Schengen, a biedni ludzie chodzili latem bez butów, reakcje na śmierć były zupełnie inne. Ludzie stanowili małe, nieco zamknięte społeczności. Nie było weekendowych wyjazdów do Krakowa, więc nie było też nowych przypadkowych znajomości, które można było przyklepać w mediach społecznościowych, bo z kolei, jak już wspomniałem, nie było Facebooka, ani nawet Naszej Klasy. Może i ludzie byli bardziej otwarci i więcej ze sobą rozmawiali, ale na pewno znali mniej osób.

Przypomniał mi się w tym momencie wykład Rafała Mirkowskiego w ramach TEDxWSB sprzed kilku lat. To dokładnie obrazuje analogię pomiędzy śmiercią dziś, a kiedyś. Wykład możecie znaleźć na YouTubie, nie będę pisał o clue, nawiążę tylko do początku jego wystąpienia. Na scenie pojawił się facet przebrany w płaszcz z żółtych karteczek, takich na których zapisuje się jakieś przypomnienia, rzeczy ważne zapamiętania, a potem nakleja się to na monitor albo gdzieś na biurko. Rafał Mirkowski powiedział, że jego płaszcz składa się ze stu pięćdziesięciu karteczek. Tyle informacji ma do zapamiętania, tyle spraw przechodzi przez typowego menadżera, specjalistę w dzisiejszych czasach w ciągu zaledwie jednego tygodnia. A jednocześnie warto wiedzieć, że w średniowieczu tyle spraw do zapamiętania czy zrobienia miał przeciętny człowiek przez całe swoje życie! Ten przykład pokazuje pewne zależności, o których tutaj mowa.

Wracając do dawnych czasów – wiadomość o śmierci ziomka z sąsiedniej chaty była więc czymś niezwykłym. Śmierci, a w konsekwencji pogrzebów było stosunkowo mało, bo mało osób wiedziało, że wczoraj umarł znajomy z sąsiedniej, nieco oddalonej wioski. Dziś oddalonej o 15 minut jazdy, kiedyś – niemal cały dzień pieszej wędrówki. Pomijam tutaj kwestie niskiego poziomu medycyny. Umierało sporo noworodków i nie było to czymś bardzo nadzwyczajnym, taka proza życia. Jak dziecko przeżyło pierwsze najgorsze i najbardziej podatne na śmierć lata, później jego szanse długowieczności wzrastały. Z drugiej strony ludzie umierali z prozaicznych dziś powodów, ale nie umierali w wypadkach komunikacyjnych. W 2016 roku (sorry, nie znalazłem najnowszych statystyk) ofiar śmiertelnych na polskich drogach było prawie trzy tysiące. Przed takimi dawnymi pogrzebami starsze panie spotykały się w domu zmarłego, gdzie przy leżącym nieboszczyku śpiewano żałobne pieśni i modlono się do późnych godzin. Pamiętam, że jeszcze jakieś dziesięć lat temu uczestniczyłem w pożegnaniach, gdzie ciało leżało kilka dni w domu w oczekiwaniu na ostatnią drogę, na cmentarz. Co bardzo istotne i należy podkreślić – postrzeganie śmierci było silnie związane z religią wokół której świat się wtedy bardziej kręcił niż dziś. Pleban to była szycha na dzielnicy. No dobra, w niektórych miejscach też dzisiaj nią jest. Ekstremą w niektórych dawnych społecznościach było istnienie zawodu płaczki – kobiety, która za kasę mogła na pogrzebie wylewać z siebie łzy i wprowadzać smutną atmosferę.

Dawniej na pogrzebach zwykłych ludzi pojawiali się zwykli ludzie, ale tylko ci z najbliższego otoczenia i najbliższej okolicy. O śmierci szarego człowieka nie wiedział nikt więcej, bo i skąd? Śmierć rozdzielała, ale też łączyła w bólu dość wąskie grono osób. Uprośćmy więc tę analizę dawnych czasów – wtedy też śmierć była obecna, ale warunki i jej postrzeganie – zupełnie inne niż dziś. O tym mowa poniżej.

A teraz

Informacja o śmierci bliskiej osoby, takiej z którą przynajmniej od czasu do czasu utrzymujemy kontakt, zawsze będzie czymś traumatycznym. Mniej lub bardziej, ale będzie to coś strasznego. Ten moment sprawi, że głośniej przełkniemy ślinę. Na chwilę wstaniemy do okna. Powiemy do kolegi zza biurka „O Boże…”. Inni zareagują jeszcze mocniej. Zaczną płakać, krzyczeć, kopać, położą się na ziemi i nie będą mogli do siebie dojść, nawet jeszcze po pogrzebie.

Będą też sytuacje, gdzie zareagujesz tak, jak to napisałem na początku. Wstrzymasz na chwilę oddech, a potem wrócisz do swoich obowiązków, które – nomem omen – nie cierpią zwłoki. A jak wrócisz do domu, to przypomnisz sobie to znowu i poinformujesz domowników podczas obiadu. Wtedy, gdy będziesz nakładał sobie sałatkę, a ona będzie brała do ręki widelec. Nie daj sobie wmówić, że jesteś nieczuły, że śmierć nie robi na Tobie wrażenia. Na każdym to robi wrażenie, tylko trochę tych śmierci za dużo.

Jeśli Twoje życie jest nieco bardziej urozmaicone oraz ukulturalnione, jeśli robisz coś więcej niż siedzenie przed telewizorem nad ciągle tymi samymi dwoma serialami, masz jakieś prawdziwe pasje, może jakichś idoli oraz orientujesz się odrobinę w polityce, to śmierć jeszcze bardziej ci spowszednieje. Gdy już będziesz miał za sobą szkołę, jakieś studia i doświadczenia zawodowe, a Twoje dzieci będą samodzielne, informacja o śmierci będzie wszechobecna. Oprócz bliższych i dalszych znajomych będziesz też dowiadywał się, że właśnie zmarł medalista olimpijski z olimpiady sprzed trzydziestu lat. Ten, którego kojarzysz jeszcze jako wysportowanego faceta bez nadwagi. Kiedy indziej dowiesz się, że zmarła ta piękna aktorka, w której podkochiwałeś się, gdy twoje czoło zdobiły pryszcze. Ona była wtedy uosobieniem kobiecości, a właśnie wczoraj wieczorem odeszła. Przeczytasz w internecie jej notkę biograficzną, przypomnisz sobie, że grała też w innym filmie, o którym już całkowicie zapomniałeś. Włączysz sobie na chwilę ten film na YouTube. I wreszcie – czasem będą odchodzić naprawdę Wielcy tego świata. O nich media będą mówić bardzo dużo. Może i przez te dni staniesz się bardziej refleksyjny. A potem wszystko wróci do normy.

Nie rób sobie wyrzutów

Nie obwiniaj się o nic. Wiadomość o czyjejś śmierci z czasem będzie dla Ciebie coraz powszechniejsza i zwykła. Ma na to wpływ wiele czynników. Powszechny dostęp do informacji sprawia, że jesteśmy przesyceni tym, co nie do końca jest nam potrzebne. Jednym ruchem palca przyjmujemy do wiadomości wynik meczu, w międzyczasie przelatuje nam premiera nowego telefonu, potem czyjaś śmierć, a następnie jakaś oferta banku. Ale i tak zatrzymamy się dłużej przy zdjęciu tej fajnej koleżanki. Tej z naprzeciwka. Zwłaszcza, że na tym zdjęciu pokazała nieco więcej. Inny powód, dla którego śmierć będzie dla Ciebie coraz bardziej powszechna to czas. Z każdym dniem poznajemy nowe osoby. Przez kilkadziesiąt lat życia może ich się uzbierać całkiem sporo. Po siedemdziesięciu latach zamieszkiwania w średniej wielkości mieście będziesz kojarzył twarze mijane na ulicy. Z przyzwyczajenia i grzeczności będziecie mówić sobie „dzień dobry”, chociaż poza tym nie zamienicie nigdy nawet słowa. Aż do śmierci, Twojej albo jego.